Syn wyjechał do Anglii dziesięć lat temu. Dzwonił raz na Wielkanoc, dwoma zdaniami. W styczniu zadzwonił w zwykły wtorek i powiedział, że wrac

I wtedy coś we mnie pękło. Nie z hukiem – cicho, jak pęka nitka w swetrze. Przestałam pisać. Przestałam czekać na telefon. Koleżankom w pracy mówiłam, że Michał radzi sobie w Anglii, a ja radzę sobie tutaj. I to nawet nie było kłamstwo. Radziłam sobie.

Pięć lat sama. Apteka, zakupy, sobotni spacer nad Łyną, niedzielny obiad u Teresy z parteru, która też była sama i która też udawała, że jej to nie przeszkadza. Człowiek się przyzwyczaja do ciszy w mieszkaniu. Do tego, że nikt nie pyta, czy jest herbata.

A potem ten wtorek w styczniu.

W następnych rozmowach Michał opowiedział mi, kawałek po kawałku, co się działo przez te dziesięć lat. Ożenił się z Angielką, Sarah. Urodził im się Olek. A potem małżeństwo się rozpadło – powoli, jak wszystkie prawdziwe rozstania. Sarah chciała zostać w Bristolu z dzieckiem. Michał nie chciał odpuścić.

– Trzy lata walczyłem w sądzie o prawo do opieki – powiedział podczas jednej z rozmów. Głos mu się łamał. – Nie mogłem o tym mówić. Nikomu. Bałem się, że jak powiem głośno, to się rozleci.

– Mnie mogłeś powiedzieć – odpowiedziałam.

– Tobie najbardziej nie mogłem. Bo wiedziałem, co byś powiedziała.

I miał rację. Powiedziałabym – a nie mówiłam ci. Wracaj. Tu jest twój dom. Powiedziałabym to wszystko, co matki mówią, kiedy widzą, że dziecko cierpi. I pewnie pogorszyłabym sprawę, bo Michał musiał to przejść sam.

Sąd przyznał mu opiekę naprzemienną. Olek spędzał pół czasu z matką, pół z ojcem. Ale Sarah poznała kogoś nowego i chciała się przeprowadzić do Szkocji. I wtedy Michał podjął decyzję – wraca do Polski z synem. Porozumieli się w końcu. Olek miał mieszkać z ojcem, a wakacje spędzać u matki w Wielkiej Brytanii.

Luty i marzec minęły na przygotowaniach. Michał załatwiał papiery, szukał pracy w Olsztynie – znalazł coś w logistyce, nie idealne, ale na początek. A ja robiłam coś, czego się wstydzę i czego się nie wstydzę jednocześnie: szykowałam pokój.

Pokój Michała stał nienaruszony od dziesięciu lat. Plakaty na ścianach, stare podręczniki na półce, kurtka na krześle. Po śmierci Władka myślałam, żeby go zamienić na garderobę. Nie zrobiłam tego.

Teraz zdjęłam plakaty. Kupiłam nową pościel – z dinozaurami, bo Teresa powiedziała, że pięcioletni chłopcy lubią dinozaury. Kupiłam kredki, zeszyt, pudełko klocków. Stałam w sklepie z zabawkami i patrzyłam na te kolorowe pudła, i nagle uderzyło mnie, że nie wiem, co lubi mój wnuk. Jakie kolory. Jakie zwierzęta. Czy je jabłka. Czy się boi ciemności. Nie wiedziałam nic.