Zadzwoniłam do Kacpra czwartego dnia.
– Dam ci te pieniądze – powiedziałam. – Ale na moich warunkach.
Cisza po drugiej stronie. Pewnie spodziewał się, że dodam “i nie musisz oddawać” albo “kiedy będziesz mógł”. Zamiast tego usłyszał:
– Umowa u notariusza. Spisana, podpisana, z datami spłaty. I dziesięć procent od zysku netto, kwartalnie, przez pierwszy rok.
Kacper milczał tak długo, że myślałam, że się rozłączył.
– Babciu – odezwał się w końcu. – Ty to serio?
– Jak najbardziej serio. Jeśli wierzysz w ten wózek, to podpiszesz. A jeśli nie wierzysz – to po co mam w to wkładać pieniądze?
Spotkaliśmy się u notariusza tydzień później. Kacper przyszedł w czystej koszuli, z teczką. Notariuszka, pani w okularach na łańcuszku, spojrzała na nas z lekkim zdziwieniem, ale spisała wszystko dokładnie. Kacper podpisał się starannie, ja – tak jak na każdym świadectwie szkolnym, które wystawiłam przez trzydzieści osiem lat.
Awantura zaczęła się w niedzielę. Robert przyjechał na obiad, a Kacper – pewnie z dumy, pewnie z głupoty, pewnie z ulgi – pochwalił się, że babcia dała mu piętnaście tysięcy na biznes.
– Że co? – Robert odłożył widelec. – Mamo, ty mu dałaś piętnaście tysięcy?
– Pożyczyłam – poprawiłam.
– Na wózek z kawą? – Robert patrzył na mnie tak, jakbym mu powiedziała, że kupuję bilet na Marsa.- Na mobilną kawiarnię – uściśliłam.
Moja synowa Agnieszka siedziała cicho, ale widziałam, jak zerka to na mnie, to na Roberta. Wyczuwałam, o czym myśli – o pieniądzach, które mogłyby pójść na remont ich łazienki, na wakacje, na fundusz dla młodszego syna.
– I jeszcze umowa u notariusza – dodał Kacper, zupełnie nie wyczuwając atmosfery. – Babcia jest twardsza niż bank!
Robert odwrócił się do mnie.
– Umowa? Z własnym wnukiem?
– Właśnie dlatego, że to mój wnuk – odpowiedziałam spokojnie.
Robert mówił potem przez dwadzieścia minut. O tym, że to nierozsądne, że Kacper straci te pieniądze, że wózek z kawą to nie biznes tylko zabawka, że za pół roku będę miała i bez pieniędzy, i bez wnuka. Agnieszka wtrąciła raz, cicho – “tato, może daj mu szansę” – ale Robert tego nie usłyszał.
Przez następne tygodnie rodzina komentowała. Moja córka Beata dzwoniła z Wrocławia z troską, ale słyszałam za nią drugie dno – “mamo, a jeśli tobie zabraknie?”. Sąsiadka z dołu, pani Krysia, której niechcący powiedziałam za dużo, kręciła głową – “babcia z umową, to się w głowie nie mieści”. Nawet na bazarku, kupując pomidory, usłyszałam od znajomej – “to prawda, że Kacper od ciebie pożyczył na jakiś wózek?”.
W naszym mieście plotka lata szybciej niż tramwaj.