Po pogrzebie mamy sąsiadka przyniosła nam sernik i powiedziała, że dobrze, że dom zostaje w rodzinie, skoro mama przepisała go na Jurka jeszcze zimą
Sernik był jeszcze ciepły. Pani Krysia postawiła go na stole, przykrytego ściereczką
w kratkę, i dopiero wtedy powiedziała to zdanie, od którego zrobiło mi się zimno w całym ciele.
– Dobrze, że dom zostaje w rodzinie. Że matka jeszcze zimą przepisała go na Jurka. Człowiek się nie martwi, że obcy wejdą.
Zamarłam z czajnikiem w ręku. Woda leciała na blat, a ja tego nawet nie czułam. Spojrzałam na brata. Jurek stał przy oknie, plecami do nas, i nie odwrócił się. Nie podniósł głowy. Tylko ramiona mu się jakoś skurczyły, jakby ktoś go pchnął w kark.
– Jaka zima? – zapytałam, i sama nie poznałam swojego głosu.
Pani Krysia zorientowała się, że coś powiedziała nie tak. Zaczerwieniła się, chwyciła torebkę.
– No… to ja już pójdę, dziewczyny. Trzymajcie się. Sernik zjedzcie, póki świeży.
Drzwi się zamknęły. W kuchni został zapach wanilii i cisza, która ważyła tonę.
Mam na imię Bożena i przez trzydzieści lat czesałam kobiety z połowy naszego osiedla w małym zakładzie na parterze bloku przy Kochanowskiego, w Płocku. Ludzie mi wszystko opowiadali, kiedy siedzieli pod suszarką – kto z kim, kto komu, kto ile. Nauczyłam się słuchać. A teraz stałam we własnej rodzinnej kuchni i okazywało się, że najważniejszej rzeczy nikt mi nie opowiedział.
Jurek w końcu się odwrócił. Miał czterdzieści osiem lat, siwe skronie i oczy człowieka, który nie spał od tygodnia. Mój młodszy brat. Ten, którego woziłam na sankach, kiedy mama szła na dwie zmiany.
– Bożenka, ja ci chciałem powiedzieć – zaczął.
– Kiedy? – przerwałam. – Na pogrzebie? Przy trumnie miałeś mi powiedzieć, że mama oddała ci dom?
Milczał. I to milczenie powiedziało mi więcej niż jakiekolwiek tłumaczenie.
Usiadłam ciężko przy stole. Ten stół pamiętałam z dzieciństwa – okrągły, z ceratą w drobne kwiatki, którą mama zmieniała co kilka lat, ale wzór zawsze był podobny. Przy tym stole odrabialiśmy lekcje. Przy tym stole mama, już chora, trzymała mnie za rękę i mówiła, żebym się nie martwiła, że wszystko będzie dobrze.
Wszystko będzie dobrze. A ona już wtedy wiedziała, że podpisała papiery.
– To był jej pomysł czy twój? – zapytałam.
Jurek przysunął sobie krzesło. Usiadł naprzeciwko, splótł dłonie, jak uczeń wezwany do tablicy.
– Jej. Przysięgam ci, że jej. Zawołała mnie w styczniu, jak wyszłaś do domu. Powiedziała, że chce mieć to z głowy, że nie chce, żebyśmy się potem kłócili.