Po pogrzebie mamy sąsiadka przyniosła nam sernik i powiedziała, że dobrze, że dom zostaje w rodzinie, skoro mama przepisała go na Jurka

Roześmiałam się, ale to nie był śmiech. Coś między śmiechem a płaczem.

– Nie chciała, żebyśmy się kłócili, więc oddała wszystko jednemu. Genialnie.

– Bożena, ja mam Kubę – powiedział cicho. – Wiesz, jak jest z Kubą.

I to mnie zatrzymało. Bo wiedziałam, jak jest z Kubą.

Kuba, syn Jurka, mój bratanek, urodził się z porażeniem. Dwadzieścia lat rehabilitacji, sprzętu, turnusów. Jurek z żoną całe życie podporządkowali temu chłopcu. Nie jeździli na wakacje, nie kupowali nowych samochodów. Każda złotówka szła na Kubę. Mama to widziała. Mama kochała tego wnuka jak nikogo.

– Więc mama uznała, że tobie bardziej się należy – powiedziałam.

– Nie tak to ujęła.

– A jak?

Jurek długo milczał. Za oknem robiło się ciemno, ktoś na podwórku trzaskał drzwiami samochodu.

– Powiedziała, że ty sobie poradzisz. Że zawsze byłaś silniejsza. Że masz Andrzeja, macie z mężem swoje mieszkanie, spłacone. A ja… że ja z Kubą nigdy nie będę wolny. Że po jej śmierci dom da mi choć trochę spokoju. Że będę mógł go w razie czego sprzedać, jak przyjdą gorsze czasy.

Siedziałam i patrzyłam na tę ceratę w kwiatki. I nagle wszystko zaczęło do siebie pasować. Te ostatnie miesiące, kiedy mama za każdym razem, gdy przychodziłam, pytała, czy u mnie na pewno wszystko dobrze. Czy Andrzej zdrowy. Czy nie mamy długów. Myślałam, że to starcza troska. A ona sprawdzała. Upewniała się, że mnie ta decyzja nie zniszczy.

– Mogła mi powiedzieć – szepnęłam. – Sama. Nie musiałam się dowiadywać od Krysi nad sernikiem.

– Chciała – Jurek podniósł głowę i teraz zobaczyłam, że ma mokre oczy. – Przysięgam ci, że chciała. Ciągle mówiła: muszę pogadać z Bożenką, muszę jej wytłumaczyć. Ale wiesz, jak to szło. Raz gorzej się czuła, raz ty miałaś urwanie głowy w zakładzie, raz święta. A potem już nie zdążyła.

Nie zdążyła. Dwa słowa, które teraz miały zostać ze mną na zawsze.

Wstałam, podeszłam do okna. Z tego okna widać było kawałek trawnika i stary kasztanowiec, na który wspinaliśmy się jako dzieci. Jurek spadł z niego kiedyś i złamał rękę, a ja go niosłam pół kilometra do domu, bo bałam się, że mama będzie na mnie krzyczeć, że nie dopilnowałam.

Zawsze go pilnowałam. Całe życie.

– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziałam, nie odwracając się. – Nie to, że mama dała dom tobie. Rozumiem to. Naprawdę. Gdybym była na jej miejscu, może zrobiłabym tak samo. Najgorsze jest to, że przez pół roku nosiła to w sobie sama. Że umierała z tym poczuciem, że jeszcze musi mi coś wytłumaczyć. Że jej zostawiłam ten ciężar.