Po pogrzebie mamy sąsiadka przyniosła nam sernik i powiedziała, że dobrze, że dom zostaje w rodzinie, skoro mama przepisała go na Jurka

Za plecami usłyszałam, jak Jurek płacze. Cicho, w dłoń, jak wtedy, gdy był mały i nie chciał, żeby ktoś widział.

Podeszłam do niego. Położyłam mu rękę na ramieniu.

– Ja się nie gniewam na ciebie, głupku – powiedziałam. – Ja się gniewam na to, że jej już nie ma i nie mogę jej powiedzieć, że wszystko rozumiem. Że nie musiała się bać.

Siedzieliśmy przy tym stole długo. Sernik pani Krysi stygł pod ściereczką, nietknięty. W końcu Jurek odkroił dwa kawałki, nałożył na talerzyki – te same talerzyki w niebieski wzorek, z których jedliśmy jako dzieci.

– Mama zawsze mówiła, że ty pieczesz lepszy – powiedział.

– Bo piekłam – odparłam. I pierwszy raz tego dnia uśmiechnęłam się.

Jedliśmy w milczeniu ten cudzy sernik. I wiesz co? Był dobry. Ciepły, wilgotny, z rodzynkami, których nie lubię, ale tego dnia jakoś mi nie przeszkadzały.

Dom został u Jurka. Nie kłóciliśmy się o niego ani wtedy, ani później. Kuba dostał w zeszłym roku nowy wózek, taki elektryczny, drogi – Jurek dołożył ze sprzedaży części działki. Mama by się cieszyła.

Czasem myślę, że najtrudniejsze w żałobie nie jest to, czego nie zdążyliśmy dostać. Tylko to, czego nie zdążyliśmy powiedzieć. Mama nie zdążyła mi wytłumaczyć. A ja nie zdążyłam jej powiedzieć, że nie było nic do tłumaczenia.

Ale może ona i tak wiedziała. Matki zwykle wiedzą.