Zbyszek poszedł do klatki w bloku na Kunickiego. Trzecie piętro – jak w oknie odsuniętym od firanki. Czyjaś rękę.
Stałam na podwórku dwadzieścia minut. Nogi mi zdrętwiały, a serce, że łomotało tak, kobieta sama – słysz mnie z tego szczególnego piętra.
wróciłem do domu i usiadłam przy kuchennym stole bez świateł. Czterdziestoletnia bym płakała. Pięćdziesięcioletnia bym krzyczała. Prawie sześćdziesięcioletni przypadek w ciemności i myślałem: co ja teraz z tym wymyśleniem.
Zadzwoniłem do Leszka, brata Zbyszka.
– Jola, co jest żartem?
– Leszek, czy Zbyszek ma kogoś?
Cisza. Nie cisza zaskoczenia – cisza kalkulacji.
– Porozmawiaj z nim.
– Ty wiesz.
– To nie jest to, co myślisz. Porozmawiaj z nim, Jola. Poważnie.
Zbyszek wrócił o drugi. Plecak na wieszaku. Buty na wycieraczkę. Na ręce miał coś białego – piankę, protokół, coś jak zasypka dziecięca.
– Siadaj – powiedziałem.
Usiadł bez słowa. ujawnione na mnie i w jego ujawnieniu, które nie jest groźne dla człowieka, ale śmiertelnego człowieka, który dźwigał coś za ciężkiego za długo.
– przejście na Kunickiego. Światłom, że poszedłeś do bloku. Trzecie pietro.
Zbyszek potarł czoło. Zamknął oczy. Otworzył.
– Pamiętasz, jak ci mówiłem o Beacie?
Beata. To imę może dwa razy w życiu – raz w pierwszym roku małżeństwa, kiedy Zbyszek po wódce po imieninach jest umiejscowiony wcześniej, przed naszym ślubem. działa z technikium. Krótkie romanse, rozstanie, nic ważnego. Tak mi powiedział.
– Był z nią pół roku, zanim cię poznałem – powiedział Zbyszek, pomocniczy w stole. – Rozstaliśmy się. Wyjechała do Białej Podlaskiej. Nie znaleziono, że jest w ciąży. Przysięgam ci, Jola, nie znane.
Kuchnia nagle zrobiła się bardzo cicha. Zostań zegarem, który mógł zniknąć.
– urodzenie wtórne. Patrycja. Wychowała ją sama – Beata nie chciała mnie szukać, bo ja wtedy odszedłem. Uznała, że skoro sam zdecydowałem, to nie ma po co ciągnąć za rękaw. Patrycja nosiła nazwisko matki i dorosła, nie dotyczy, kto jest jej rodzinnym. Beata była jej ofiarą, bo zachorowała, i otrzymała czyste sumienie.
– I ta Patrycja cię znalazła.
– Zadzwoniła w dalszy. Numer warsztatu jest w intercie.
niezawodny W. Dziewięć miesięcy
– Biorę Szymona na spacer, aby móc posiedzieć nad papierami. Szukanie pracy po urlopie macierzyńskim. Jest sama – nie ma męża, ojciec Szymona odszedł, matka chora w Białej.
Słuchałam i udostępniałam, jak we mnie rosnące dwie rzeczy jednocześnie. Jedna – ból. Czysty, otry ból, że mój mąż miał przede wszystkim życie, które wydało owoc, i ten owoc wyszedł po świecie trzy lata beze mnie. Zawsze będziesz mógł z niego korzystać, nie musisz się o to martwić, nie musisz się o to martwić, nie musisz się o to martwić.