Przy kasie w Biedronce sąsiadka powiedziała, że ​​mój mąż to złoto, nie chłop – co czwartek widzi go na Wyszyńskiego, jak spaceruje z wózkami.

Druga rzecz – zrozumiałem go. I to mnie bardziej dręczące.

Bo Zbyszek bał się mojej reakcji. Bał się, że powiem: to nie naszemu dziecku, nie naszemu problemowi, nie będziemy się bawić w babcię i dziadka do cudzego dziecka. Bał się, bo mnie odpowiedział – wiedziałem, że mógłbym tak zareagować. Pominąłem trochę pozostałości.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – Zapytam, chociaż już znałam odpowiedź.

– Bo nie znany jak. Zastosowano sam sprawdzanie, czy to prawda. Potem ją poznam. Potem Szymon się do mnie przyzwyczaił, a tak do niego. I z każdym kolejnym krokiem było potwierdzenie ci, bo z każdym kolejnym krokiem było kłamstwo większe.

Siedział naprzeciwko mnie – łysiejący, mechaniczny z popękanymi dłoniami, i dostępny jak człowiek, który właśnie został zrzucony z chwilą otwarcia pełnego kamieni. Nie jak kłamca. Jak ojciec, który nie wiedział, że jest, nie wiedziałem o tym żonie.

Nie pamiętam mu tego dnia. Nie następny. Potrzebowałem czasu – nie na wybaczenie, bo nie było czego wybaczać, ale na ułożenie tego w głowie. Na własne miejsce na nowe osobe.

Kiedy już skończysz, jesteś więcej niż szczęśliwy, jesteś z tego zadowolony i jesteś z tego zadowolony, jesteś szczęśliwy i jesteś z tego zadowolony – jestem z tego bardzo zadowolony, poznałem, tylko nogi dalej, Ciche i niewidzialne, w małym mieście pod Lublinem.

Pojechałam na Kunickiego sama. Bez Zbyszki. Zadzwoniłam domophonem, powiedziałam: jestem Jolanta, żona ojca ojca.

Patrycja zmarła drzwi. Stała w progu w dżinsach i koszulce z wyblakłym napisem, z Szymonem na biodrze. I dalej jej oczy – oczy Zbyszka. Ten sam kolor, to samo lekkie zmrużenie, kiedy nie wiesz, co powiedzieć.

Nie rzuciliśmy się sobie w drogę. Nie było sceny jak z filmu. Stałyśmy w przedpokoju, a Szymon gryzłową plastikową łyżeczkę i patrzyłem na mnie z tą bezczelną ciekawostką, którą mają tylko roczniaki.

– Herbata? – pytanie Patrycji.

– Poproszę – pogrzebam.

Usiadłyśmy w kuchni. zabierałyśmy dwie godziny. O Beacie, o Zbyszku, o tym, jak Patrycja rosła bez ojca i jak teraz uczy się go mieć. O Szymonie, który nie śpi w nocy i je tylko marchewkowy krem. O tym, że Agnieszka nie wie i że kiedyś trzeba jej powiedzieć.

Wyszedłem, wziąłem Szymona na ręce. Złapał mnie za no i zaśmiał się – tak, jak śmieją się tylko małe dzieci, całym ciałem, jakby śmiech nie mieścił się w jednym gardle.

W cblackki teraz zamykam sklep wcześniej. Jadę na Kunickiego z obiadem w pojemniku i fotelikiem, który kupiliśmy na Allegro. Nie jestem babcią – a nie taką, którą sobie kiedyś wyobrażałam.