— Lucyna, mama sprzedała mieszkanie, żeby pomóc Piotrowi. Przez jakiś czas będzie musiała zostać u nas — powiedział Marek zupełnie zwyczajnie, jakby prosił żonę, żeby przełożyła talerze z jednej szafki do drugiej.
Lucyna powoli zdjęła okulary, położyła je obok otwartego notesu i uważnie spojrzała na męża.
— Powtórz.
— Mama sprzedała swoje mieszkanie. Piotr potrzebował pieniędzy na własne lokum, więc postanowiła mu pomóc. Teraz tymczasowo zamieszka tutaj.
— Tutaj, czyli gdzie dokładnie?
Marek zamrugał, wyraźnie zaskoczony tym pytaniem.
— No jak to gdzie? U nas.
— W moim mieszkaniu?
Zmarszczył brwi, jakby właśnie to doprecyzowanie było najbardziej niepotrzebną częścią całej rozmowy.
— Luśka, tylko nie zaczynaj. To moja matka. Przecież nie jest dla nas obcą osobą.
Lucyna odsunęła notes. Leżący obok długopis potoczył się w stronę krawędzi stołu, ale zatrzymała go jednym palcem i ponownie podniosła wzrok.
— Niczego nie zaczynam. Próbuję jedynie zrozumieć, dlaczego decyzja dotycząca mojego mieszkania została podjęta bez mojego udziału.
Marek stał pośrodku kuchni w domowym T-shircie, ze smartfonem w dłoni, z miną człowieka przekonanego, że żona po prostu jeszcze nie zdążyła dostrzec rozsądku całej sytuacji. Najwyraźniej spodziewał się krótkiego „dobrze”. W najgorszym razie ciężkiego westchnienia i zapewnienia, że dla pani Haliny oczywiście znajdzie się miejsce.
Lucyna jednak milczała.
Im dłużej trwała cisza, tym mniej pewnie wyglądał Marek. Jego wcześniejsza swoboda zaczęła znikać. Przetarł dłonią kark, zerknął przez okno, potem na lodówkę, jakby odpowiedź mogła kryć się między magnesem przywiezionym z Krakowa a kartką z listą zakupów.
— A dokąd ona ma pójść? — zapytał w końcu.
— Do Piotra.
— Piotr dopiero kupuje mieszkanie.
— Za pieniądze waszej matki.
— No i?
— No i człowiek, dla którego matka pozbywa się własnego dachu nad głową, powinien wcześniej zastanowić się, gdzie ona będzie mieszkała po sprzedaży.
Marek wypuścił głośno powietrze.
— Mówisz tak, jakby mama była dla nas kimś zupełnie obcym.
— Mówię tak, jakby nikt nie uznał za konieczne zapytać mnie o zdanie.
Schował telefon do kieszeni, po czym po kilku sekundach wyjął go z powrotem. Najwidoczniej sam nie wiedział, co zrobić z rękami.
— Mama już pakuje rzeczy.
— Świetnie. Niech Piotr przygotuje jej miejsce.
— Piotr będzie miał kawalerkę.
— W takim razie powinien był kupić coś większego.
— Lucyna!
Podniosła dłoń.
— Nie podnoś głosu. Słyszę cię bardzo dobrze.
Marek podszedł do stołu i usiadł naprzeciwko niej. Na jego twarzy pojawił się znajomy wyraz cierpliwego tłumaczenia czegoś „oczywistego”. Zwykle przybierał taką minę, kiedy był przekonany, że żona po prostu się upiera.