Teściowa spojrzała na niego tak, jakby właśnie publicznie wyrzekł się własnej rodziny.
— Co powiedziałeś?
— Nie ustaliliśmy tego razem. Dlatego rzeczy nie wejdą do mieszkania.
— Własnej matki nie wpuścisz?
— Powiedziałem, że najpierw trzeba wszystko omówić.
Piotr z irytacją rzucił torbę na podłogę.
— Co tu jeszcze omawiać? Mieszkanie mamy sprzedane, pieniądze przelane, mama się wymeldowała. Gdzie ma teraz iść?
Lucyna od razu zwróciła się do niego.
— Do ciebie.
— Moje mieszkanie nie jest jeszcze gotowe.
— Za to pieniądze na jego zakup były gotowe dzięki twojej matce.
— Nic nie rozumiesz. Tam trzeba zrobić remont.
— W takim razie należało najpierw skończyć remont i ustalić, gdzie w tym czasie będzie mieszkała wasza matka, a dopiero później sprzedawać jej jedyne mieszkanie.
Piotr poczerwieniał.
Wyglądał jak człowiek przyzwyczajony do tego, że swoje trudności rozwiązuje cudzym czasem, cudzym miejscem i cudzymi pieniędzmi.
— Ja też muszę gdzieś mieszkać — mruknął.
— Każdy musi.
Kierowca taksówki przesunął jedną z toreb bliżej windy.
— Państwo się może zdecydują, bo samochód stoi, a licznik leci.
Pani Halina odwróciła się gwałtownie.
— Nikt pana nie prosił o komentarze!
— Ja nie komentuję. Informuję tylko o opłacie.
Ta uwaga kompletnie odebrała sytuacji resztki rodzinnego patosu.
Piotr wyciągnął telefon i zaczął coś sprawdzać. Pani Halina ściskała pasek torby tak mocno, że zbielały jej palce.
— Lucyna, otwórz drzwi — powiedziała już ciszej. — Jestem zmęczona.
Po raz pierwszy w jej głosie pojawiło się coś prawdziwego.
Nie rozkaz.
Nie obrażona duma.
Nie przekonanie, że wszystko jej się należy.
Po prostu zmęczenie kobiety, która gwałtownie odmieniła własne życie i dopiero teraz zaczynała rozumieć konsekwencje.
Lucyna to usłyszała.
Drzwi jednak nadal nie otworzyła.
— Mogę panią wpuścić, żeby porozmawiać. Samą i bez bagażu. Piotr powinien zawieźć rzeczy tam, gdzie planowaliście nocować, gdyby nie udało wam się przekonać mnie do przeprowadzki.
Piotr spuścił wzrok.
— My niczego nie planowaliśmy.
Tym razem Lucyna naprawdę się zdziwiła.
Spojrzała najpierw na niego, potem na Marka i na panią Halinę.
— Czyli nie było żadnego planu awaryjnego?
Piotr odwrócił twarz.
Teściowa wyprostowała plecy.
— A po co miał być? Mam starszego syna.
— Starszy syn ma żonę. A mieszkanie należy do tej żony.
— Znowu o tym mieszkaniu.
— Bo stoi pani przed drzwiami mojego mieszkania z torbami i kartonami.
Marek spuścił głowę.
Na jego twarzy pojawiało się coraz wyraźniejsze, nieprzyjemne zrozumienie.
Problem nie polegał na tym, że Lucyna była za ostra.
Naprawdę postawiono ich przed faktem dokonanym. W dodatku z taką pewnością siebie, że nikt nawet nie uznał za potrzebne wymyślić innego rozwiązania.
Rozmowa na klatce trwała jeszcze około dziesięciu minut.