— Nie. Proponuję, żeby zamieszkała pani z synem, dla którego sprzedała pani mieszkanie.
Teściowa gwałtownie nabrała powietrza.
— Piotrowi teraz nie można przeszkadzać. Zaczyna nowe życie.
— A moje życie można potraktować jak magazyn skutków waszych decyzji?
Marek drgnął.
— Lucyna…
Podniosła dłoń, nie spuszczając wzroku z telefonu.
— Pani Halino, jutro będę w domu. Jeśli chce pani spokojnie porozmawiać, proszę przyjechać sama, bez pudeł, bez przeprowadzki i bez Piotra. Jeżeli pojawi się pani z rzeczami, nie otworzę drzwi.
— Zobaczymy — syknęła teściowa i zakończyła połączenie.
Lucyna położyła telefon przed mężem.
— A teraz porozmawiamy o tobie.
Marek przetarł zmęczoną twarz.
— Mogłaś powiedzieć to delikatniej.
— A ty mogłeś zapytać mnie wcześniej.
— Myślałem, że zrozumiesz.
— Nie, Marek. Myślałeś, że będzie mi głupio odmówić.
Milczał zbyt długo.
I właśnie to milczenie było bardziej szczere niż jakiekolwiek usprawiedliwienie.
Nazajutrz pani Halina rzeczywiście przyjechała.
Lucyna zobaczyła ją przez okno. Teściowa jako pierwsza wysiadła z taksówki. Miała na sobie ciemny płaszcz, a przez ramię przewieszoną wypchaną torbę.
Chwilę później z samochodu wysiadł Piotr. Otworzył bagażnik i zaczął wyciągać duże kartony.
Lucyna zamknęła okno, przeszła do przedpokoju i przekręciła klucz w zamku.
Marek stał obok drzwi.
— Może nie trzeba od razu zaogniać sytuacji?
— Trzeba.
— Tam jest moja matka.
— Tam jest twoja matka, twój brat i pudła, których wczoraj zabroniłam tutaj przywozić.
Rozległ się długi, natarczywy dzwonek.
Marek ruszył do drzwi, ale Lucyna go zatrzymała.
— Ja otworzę.
Uchyliła drzwi, nie zdejmując łańcucha.
Na klatce stali pani Halina, Piotr i kierowca taksówki. Obok mężczyzny leżały dwie wielkie kraciaste torby.
— Dzień dobry — powiedziała Lucyna. — Wczoraj prosiłam, żeby przyjechać bez rzeczy.
Piotr prychnął.
— I co teraz? Mamy wszystko wozić z powrotem?
— Tak.
Pani Halina podeszła bliżej.
— Lucyna, otwórz normalnie. Nie rób przedstawienia przy obcym człowieku.
— Przedstawienie zaczęło się wtedy, kiedy sprzedała pani swoje mieszkanie, a moje wyznaczyła jako plan awaryjny, nie pytając mnie o zgodę.
Za plecami Lucyny Marek cicho odchrząknął.
Piotr zauważył brata.
— Marek, powiedz jej coś! Matka stoi na klatce z torbami!
Marek podszedł bliżej.
Lucyna poczuła, jak całe jej ciało się napina, ale nie cofnęła się ani o krok.
— Marku — powiedziała cicho, wciąż patrząc przed siebie — teraz nie wybierasz między mną a matką. Wybierasz między uczciwą rozmową a próbą zmuszenia mnie do czegoś, na co się nie zgodziłam.
Mąż zamarł.
Pani Halina natychmiast wybuchła:
— Słyszysz, jak ona do ciebie mówi? We własnej rodzinie ustawia cię pod ścianą i mówi, gdzie masz stać!
— Mamo — odezwał się w końcu Marek i stanął obok żony. — Nie wniesiemy tych rzeczy.