— Mogę wejść?
— Proszę.
Marek wyszedł z pokoju.
— Mamo…
— Nie trzeba — przerwała mu ostro. — Przyszłam porozmawiać z Lucyną.
Usiedli w kuchni.
Lucyna postawiła na stole trzy filiżanki, przyniosła dzbanek z herbatą i zajęła miejsce naprzeciwko teściowej.
Pani Halina nie dotknęła napoju.
Przez kilka minut przyglądała się blatowi, potem własnym dłoniom, aż w końcu powiedziała:
— Piotr mnie oszukał.
Marek gwałtownie podniósł głowę.
Lucyna nie przerwała.
— Mówił, że kupuje mieszkanie, w którym będę mogła mieszkać, ile zechcę. Zapewniał, że będą dwa pokoje i że wszystko przemyślał. Uwierzyłam mu. Kiedy siedzieliśmy u notariusza i podpisywałam sprzedaż, cały czas mnie poganiał. Twierdził, że kupujący nie będzie czekał. Dopiero później okazało się, że kupił kawalerkę. I że chce ją zapisać wyłącznie na siebie.
Marek ścisnął krawędź stołu.
— Mamo, dlaczego od razu nam tego nie powiedziałaś?
Pani Halina odwróciła się gwałtownie.
— Bo było mi wstyd! Wszystkim znajomym opowiadałam, jaki mam wspaniały młodszy syn, jak rozsądnie wszystko urządził. A potem wyszło, że urządził wyłącznie siebie.
Lucyna słuchała bez komentarza.
Sytuacja zaczynała wyglądać trochę inaczej.
Przed nią siedziała nie tylko władcza teściowa, która próbowała wprowadzić się do starszego syna bez pytania. Pani Halina świadomie podjęła ryzykowną decyzję i ignorowała niewygodne szczegóły tak długo, aż konsekwencje stały się niemożliwe do pominięcia.
— Mimo wszystko próbowała pani przeprowadzić się do mnie bez mojej zgody — powiedziała cicho Lucyna.
Twarz teściowej drgnęła.
— Tak. Byłam pewna, że Marek mi nie odmówi.
— A moje zdanie?
Po długiej pauzie pani Halina odpowiedziała:
— Nie brałam go pod uwagę.
Marek popatrzył na żonę.
W jego twarzy było tyle wstydu, że Lucyna odwróciła oczy.
Teściowa wyjęła z torebki cienką teczkę.
— Nie proszę już, żebyś pozwoliła mi mieszkać tutaj na stałe. Po wczorajszym zrozumiałam, że tak się nie robi. Potrzebuję jednak dwóch dni, żeby znaleźć pokój albo dogadać się z Zofią. Nie przywiozę mebli. Nie będę się wtrącała. Potrzebuję tylko miejsca do spania.
Lucyna milczała.
Marek również się nie odezwał.
Tym razem słowa pani Haliny brzmiały zupełnie inaczej.
Nie jak polecenie.
Nie jak żądanie kogoś przekonanego, że rodzina ma obowiązek podporządkować mu swoje życie.
Była to zwykła prośba kobiety, która po raz pierwszy poczuła różnicę pomiędzy otrzymaniem pomocy a zajęciem cudzego miejsca.
Lucyna sięgnęła po filiżankę.
— Dwie noce — powiedziała. — Bez mebli, bez pudeł, bez Piotra i bez rozmów o tym, że coś jesteśmy pani winni. Trzeciego dnia przeprowadza się pani do ciotki Zofii, do wynajętego pokoju albo w inne miejsce, które sama pani wybierze.
Pani Halina przytaknęła tak szybko, jakby bała się, że synowa zmieni zdanie.