— Lucyna, mama sprzedała swoje mieszkanie, żeby pomóc Piotrowi. Teraz przez jakiś czas zamieszka u nas — oznajmił Marek takim tonem,

— Dziękuję.

— Jest jeszcze jeden warunek.

Teściowa podniosła wzrok.

— Teraz zadzwoni pani do Piotra. Przy nas. I powie mu pani, że od tej chwili to on zajmuje się pani sytuacją mieszkaniową. Nie Marek. I nie ja.

Pani Halina wyprostowała się.

— Może nie odebrać.

— Wtedy wyśle mu pani wiadomość.

— Obrazi się.

Lucyna uśmiechnęła się krótko.

— Mam wrażenie, że cała wasza rodzina od lat wyjątkowo troskliwie obchodzi się z jego obrażaniem.

Marek cicho odchrząknął, ale nie zaprzeczył.

Pani Halina poczerwieniała.

Po chwili jednak wyjęła telefon.

Piotr odebrał dopiero po kilku sygnałach.

— Mamo, jestem zajęty. Co znowu?

— Piotr, posłuchaj mnie uważnie. U Marka nie będę mieszkała. Lucyna zgodziła się, żebym została tutaj na dwie noce. Potem moją sytuacją zajmujesz się ty.

— Jaką sytuacją?

— Moją.

— Mamo, nie zaczynaj znowu…

— Nie. To ty zacząłeś, kiedy wziąłeś pieniądze ze sprzedaży mojego mieszkania, a mnie zostawiłeś z torbami przed cudzymi drzwiami.

W kuchni zapadła absolutna cisza.

Piotr zaczął coś nerwowo tłumaczyć, ale tym razem pani Halina nie pozwoliła mu rozpocząć znanego wszystkim monologu.

— Jutro przyjeżdżasz. Jedziemy obejrzeć twoje mieszkanie. Jeżeli naprawdę nie da się tam mieszkać, wynajmiesz mi pokój niedaleko albo oddasz część pieniędzy, żebym mogła sama rozwiązać problem.

— Nie mam wolnych pieniędzy!

— A ja nie mam już wolnego mieszkania.

Lucyna spuściła wzrok na filiżankę, ukrywając mimowolny uśmiech.

Marek patrzył na matkę tak, jakby pierwszy raz zobaczył ją naprawdę.

Rozmowa nie trwała długo.

Piotr w końcu rzucił słuchawką.

Pani Halina położyła telefon na stole i zakryła twarz dłońmi.

Nie płakała.

Nie lamentowała.

Siedziała tylko z palcami przyciśniętymi do nasady nosa, jakby próbowała utrzymać się w całości.

— Stara głupia baba ze mnie — wyszeptała.

— Nie jest pani głupia — odpowiedziała Lucyna. — Po prostu uznała pani, że miłość matki musi oznaczać całkowite poświęcenie. A Piotr zauważył, że takie podejście jest dla niego bardzo wygodne.

Pani Halina spojrzała na synową.

— Ty mnie nie lubisz.

— Nie.

Marek wyraźnie drgnął.

Lucyna mówiła dalej spokojnie:

— Ale nie mam obowiązku lubić osoby, która wczoraj próbowała wprowadzić się do mojego mieszkania bez zgody. Mogę traktować panią przyzwoicie. Mogę pomóc, jeżeli granice tej pomocy są rozsądne. Ale nie pozwolę nikomu decydować za mnie, jak mam żyć we własnym domu.

Pani Halina długo patrzyła na Lucynę.

W końcu skinęła głową.

— Przynajmniej uczciwie.

Następne dwie noce minęły zaskakująco spokojnie.

Teściowa rzeczywiście nie próbowała wprowadzać własnych porządków.

Większość czasu spędzała w pokoju, w którym pościelono jej kanapę. Sama myła po sobie naczynia. Nie zaglądała do szaf. Nie pytała, którą półkę może zająć „na początek”. Nie sugerowała, że należałoby przestawić meble albo zwolnić dla niej jakąś komodę.