— Lucyna, mama sprzedała swoje mieszkanie, żeby pomóc Piotrowi. Teraz przez jakiś czas zamieszka u nas — oznajmił Marek takim tonem,

Drugiego dnia rano wyszła wcześnie.

Spotkała się z Piotrem.

Wróciła dopiero wieczorem.

Jej twarz była szara ze zmęczenia, ale w oczach pojawiła się stanowczość, której wcześniej nie było.

— On naprawdę kupił mieszkanie — powiedziała, zdejmując płaszcz. — I da się tam mieszkać. Po prostu Piotr chciał najpierw zrobić porządny remont, kupić nowe meble i urządzić wszystko po swojemu. A ja miałam siedzieć u was tak długo, jak byłoby mu wygodnie.

Marek wstał.

— I co teraz?

— Teraz się tam przeniosę.

— Do Piotra?

— Do mieszkania kupionego za moje pieniądze. Przynajmniej dopóki nie zdecyduję, co dalej.

— Zgodził się?

Pani Halina uśmiechnęła się gorzko.

— Nie od razu. Ale kiedy powiedziałam, że opowiem wszystkim krewnym i ludziom, którzy kupili moje mieszkanie, jak młodszy syn postanowił mnie „zabezpieczyć”, nagle zrobił się dużo bardziej ugodowy.

Po raz pierwszy od kilku dni Lucyna spojrzała na teściową niemal z uznaniem.

— Kiedy pani wyjeżdża?

— Jutro rano. Piotr ma po mnie przyjechać.

— Dobrze.

Pani Halina zatrzymała się przy drzwiach kuchni.

— Lucyna.

— Tak?

— Nie miałam racji.

Marek odwrócił się do matki z wyraźnym zaskoczeniem.

Tych słów nie spodziewał się chyba nikt.

Może nawet sama pani Halina.

— Naprawdę sądziłam, że skoro jesteś żoną Marka, to jakoś się z tym pogodzisz. Ponarzekasz kilka dni, potem przywykniesz. Wydawało mi się, że tak będzie najprościej. Nie dlatego, że uważałam cię za złą osobę. Po prostu zawsze myślałam, że starszy syn powinien ciągnąć rodzinę za sobą.

— Tylko nie kosztem mieszkania należącego do kogoś innego.

— Teraz to rozumiem.

Lucyna niczego więcej nie powiedziała.

Czasem prawdziwe przeprosiny nie potrzebują łez, uścisków ani wielkich deklaracji.

Czasami wystarczy, że człowiek wreszcie przestaje udawać, iż nic złego się nie wydarzyło.

Następnego ranka Piotr zjawił się ponury i małomówny.

Kiedy zabierał niewielką torbę matki, starannie unikał spojrzenia Lucyny.

Pani Halina trzymała się prosto.

Już przy drzwiach nagle zatrzymała się i zwróciła do starszego syna.

— Nie, mamo.

— I dobrze — odpowiedziała sama sobie. — Od teraz będę najpierw dzwonić.

Piotr skrzywił się.

— Mamo, chodźmy już.

Lucyna szerzej otworzyła drzwi.

— Wszystkiego dobrego.

Piotr niespodziewanie zatrzymał się na progu.

— Lucyna, ty też spróbuj mnie zrozumieć. Ja przecież nie zrobiłem tego specjalnie. Po prostu okoliczności tak się ułożyły.

Przyjrzała mu się uważnie.

— Nie, Piotr. „Tak się ułożyło” można powiedzieć, kiedy autobus odjedzie przed czasem albo nagle zacznie padać. Kiedy dorosły mężczyzna bierze pieniądze swojej matki, kupuje za nie mieszkanie dla siebie, a potem próbuje umieścić ją u brata bez zgody właścicielki lokalu, to nie są okoliczności. To są konkretne decyzje.